sobota, 23 stycznia 2016

Rozdział 6.

~ Pisiąt twarzy Gerarda! Pisiąt twarzy Neymara!

-Wstawaj, śpiąca księżniczko! - usłyszałam czyiś głos blisko mojego ucha. Bardzo blisko. I oczywiście charakterystyczny akcent od razu pozwolił mi poznać tego idiotę.
- Zamknij się, debilu! - zawołałam, zakładając poduszkę na głowę.
Neymar nic nie odpowiedział, ale po chwili poczułam, że mnie podnosi. Czy on zwariował? Jednak byłam zbyt zaspana, żeby zareagować. 
- Masz dziesięć minut - powiedział po chwili, stawiając mnie na podłodze w łazience, po czym opuścił pomieszczenie. Przez moment stałam zdezorientowana, ale zaraz potem zaczęłam się przygotowywać na trening. Po wyznaczonym czasie byłam już na dole, gdzie zastałam czekających na mnie chłopaków. 
Oczywiście na stadion treningowy musiałam jechać z Danim i Neymarem, bo jakże by inaczej. Jechał z nami też Rafinha i Marc. Cała droga minęła mi na śmianiu się z tą dwójką. Dani zajmował się kierowaniem, a Neymar tradycyjnie siedział w telefonie. 
Gdy znaleźliśmy się już na miejscu chłopacy poszli do swojej szatni, a Dani zaprowadził mnie do pomieszczenia obok, które okazało się szatnią dla dziewczyn. Kiedy przebrałam się, przed szatnią czekał mój przyjaciel, z którym śmiejąc się wyszłam na boisko. Wszyscy pozostali piłkarze już tam byli. Kiedy dołączyliśmy do nich, oni zaczęli rozgrzewkę, a mnie na chwilę poprosił ich trener. Chwilę później biegłam razem z nimi wzdłuż boiska, rozmawiając z Munirem, którego dopiero teraz miałam okazję poznać. Naprawdę fajnie mi się z nim rozmawiało, był trochę inny niż reszta piłkarzy, ale to raczej działało na jego korzyść. Polubiłam go. 
Po rozgrzewce pograliśmy trochę w dziadka, a potem rozegraliśmy krótki mecz. Byłam niestety w drużynie z Neymarem, ale na szczęście byli tu jeszcze m. in. Dani, Rafael, Javier, Ivan i Munir, więc dał się przeżyć. Kapitanem oczywiście został Neymar. Nie był zadowolony, kiedy okazało się, że będę grać razem z nim i Munirem na ataku, ale brakowało mu jednego napastnika, a ja jako jedyna nie miałam wyżej przypisanej pozycji. Dlatego, że zazwyczaj grałam wszędzie, tylko nie na bramce. Tak więc Brazylijczyk był zmuszony choć przez chwilę ze mną współpracować. 
Jednak nasza współpraca nie była tak zła jak początkowo sądziłam. Przez pierwsze minuty Neymar miał problem z tym, żeby choć podać mi piłkę, mimo że byłam na świetnej pozycji, ale z czasem się przełamał. I mimo że normalnie cały czas się kłóciliśmy to na boisku potrafiliśmy znaleźć wspólny język. Potrafiliśmy się dogadać, doskonale rozumieliśmy się nawzajem i takim właśnie sposobem każde z nas zdobyło po jednej bramce. Ja zaliczyłam asystę przy bramce Neymara, a on przy mojej. Na boisku jednak tworzymy zgrany duet. 
Kiedy trener zakończył mecz, przybiłam z chłopakami piątkę i poszłam razem z nimi do szatni. 
- Czyżby to był pierwszy przejaw zgody? - zaśmiał się Leo, nawiązując do tego, że nie zapomniałam przybić piątki z Neymarem. Z czystej grzeczności. 
- Raczej nazwałabym to okresowym zawieszeniem broni. Ale nie martw się, nie potrwa długo - zapewniłam go. 
- A już miałem taką nadzieję - zaśmiał się. 
- Podobno nadzieja umiera ostatnia - puściłam do niego oczko i weszłam do swojej szatni. 
Szybko się przebrałam i podążyłam do kawiarni, gdzie czekał na mnie Dani razem z trenerem żeńskiej drużyny. 
- Zadzwoń jak skończysz, przyjadę po ciebie - powiedział Alves i opuścił pomieszczenie. Zostałam sam na sam z trenerem. 
- Dzień dobry, jestem Xavi Llorens. Mam nadzieję, że będę miał zaszczyt wkrótce zostać pani trenerem - powiedział Hiszpan. 
- Dzień dobry. Bardzo mi miło, że w końcu mogę pana poznać. 
Złożyliśmy zamówienia na kawę i pan Llorens kontynuował:
- Widziałem jak grałaś z piłkarzami i muszę przyznać, że byłem pod wrażeniem twojej współpracy z nimi, a szczególnie z Neymarem. Posiadasz ogromny talent, który trzeba jedynie skierować w dobrą stronę. Masz może jakieś pytania?
- Chciałabym się chyba zapytać jedynie o te jutrzejsze wybory do drużyny. Chciałabym wiedzieć na co mam się przygotować. 
- Nikt nie poinformował cię o tym, gdy składałaś zgłoszenie? - spytał dość zdziwiony. 
- Zapewne poinformowano by mnie, gdybym sama je złożyła. Ale w tajemnicy wysłał je Leo - przyznałam. 
- I wcale nie dziwię się czemu to zrobił. Twój talent jest diamentem, który trzeba oszlifować, a Messi z pewnością bardzo dobrze o tym wiedział. Wracając do twojego pytania, to na pewno nie będzie tam nic, czego będzie musiała się pani obawiać. Stałe fragmenty gry, kilka dryblingów, jedenastka i mecz do rozegrania. Nic strasznego. 
- W takim razie chyba nie mam, żadnych pytań. Wiem już wszystko czego potrzebowałam. Dziękuję, że poświęcił mi pan swój cenny czas - podziękowałam, pożegnałam się z panem Llorensem i opuściłam kawiarnię. 
Wróciłam na boisko. Nikogo tam nie było. Postanowiłam nie dzwonić jeszcze do Daniego. Chciałam jeszcze trochę poćwiczyć. Nie byłam pewna tego, co umiem. Nie wierzyłam, że dam sobie radę. 
Ustawiłam sobie piłkę na jedenastym metrze, wzięłam rozbieg i sekundę później piłka znalazła się w siatce. Ale teraz bramka była pusta. Podczas treningu wykonywałam rzut karny przeciw Marcowi i Claudio, i ani razu mi się to nie udało. Nigdy nie byłam w tym dobra. 
- W końcu strzeliłaś tego karnego - usłyszałam śmiech za swoimi plecami. W pierwszej chwili pomyślałam, że to Dani, ale gdy się odwróciłam, zobaczyłam innego Brazylijczyka.    
Neymar stał za mną z rękami w kieszeniach i uśmiechem na ustach. 
- Czego chcesz? - zapytałam oschle, idąc po piłkę, która pozostała w bramce. 
- Po prostu wydawało mi się, że po spotkaniu z trenerem, nie wrócisz od razu do domu, więc zostałem, żeby zobaczyć, co będziesz robić - wzruszył ramionami. 
- Okey - odpowiedziałam krótko. 
- Ej, co jest? - zapytał, chyba zauważając, że odezwałam do niego tak... normalnie.  
- Nic. Nie martw się, dzisiaj mam załamkę, ale jutro znów będę sobą i znowu będziemy mogli się kłócić - powiedziałam. 
- A co, jeśli nie chcę się dalej kłócić? Jeśli chciałbym cię poznać, zobaczyć jaka jesteś, gdy nie skrywasz się pod maską wrednej i niegrzecznej dziewczynki? Co jeśli chcę, żebyś poznała mnie takim, jakim jestem? Co wtedy? - zapytał. 
Po usłyszeniu jego słów, zrobiło mi się jakoś dziwnie. To nie był ten sam Neymar, którego poznałam. Był inny, dojrzalszy, bardziej empatyczny i emocjonalny, Zmienił się. Więc może warto dać mu szansę i poznać się na nowo? 
- Jeśli chcesz to mogę ci pomóc z tym karnym. W Barcelonie raczej ich nie wykonuję, ale za to w Brazylii dość często. 
- Oscar zawsze powtarzał, że mnie nie da się niczego nauczyć. 
- Podobno jestem cierpliwym człowiekiem - zaśmiał się Neymar. 
- Więc będziesz miał okazję sprawdzić jak bardzo - odpowiedziałam, wracając na 11 metr. Ponownie ustawiłam piłkę, zrobiłam rozbieg, uderzyłam i... słupek. Wkurzona głęboko wciągnęłam powietrze.
- Nie denerwuj się, tylko popraw to co robisz źle - zauważył Neymar. 
I tak wszystko się zaczęło. 
Po godzinie ćwiczeń mogłam stwierdzić, że z Neymara jest niezły nauczyciel. I rzeczywiście miał wręcz anielską cierpliwość. 
- To co, koniec ćwiczeń na dzisiaj? Po dwóch treningach jestem wykończony - powiedział Neymar, kiedy chyba po raz setny próbowałam uderzenia z rzutu karnego. Przyznam, że ja też byłam już wykończona. 
- Może rzeczywiście lepiej już wracać. Zadzwonię po Daniego. 
- Nie fatyguj go, odwiozę cię. 
- Nie ma takiej potrzeby - zaprzeczyłam, ale on nie dawał za wygraną. 
- Ale ja nalegam! 
- No dobra, niech ci będzie! - zgodziłam się. Nie miałam siły, żeby dalej się z nim sprzeczać. 
- No i to mi się podoba! - powiedział zadowolony i chwilę później skierowaliśmy się do jego samochodu. 
***
- Dzięki. Nie musiałeś tego robić - powiedziałam do Neymara na pożegnanie. Cieszyłam się, że zgodziłam się na jego propozycję. Jazda z nim samochodem naprawdę okazała się fajna. 
- Nie musiałem, ale chciałem - puścił do mnie oczko. Idiot jeden. 
- W każdym bądź razie, dziękuję i do zobaczenia... kiedyś tam - powiedziałam i wysiadłam z jego Audi. 
Neymar odjechał, a ja weszłam do domu przyjaciela. Od progu powitały mnie gwizdy Daniego i Gerarda, który najwyraźniej postanowił nas odwiedzić. Jedynie pokręciłam w niedowierzaniu głową na ich zachowanie. Jak dzieci. 
- Kłócisz się z nim, nie ma cię tyle czasu, a potem on odwozi cię do domu. To się robi podejrzane, Nadia - zauważył Pique. Jakiż on spostrzegawczy. 
- A ty, Gerard, nie powinieneś teraz pomagać Shakirze przy Sashy i Milanie, zamiast siedzieć sobie u Daniego? - odgryzłam mu się.
Chłopacy spojrzeli po sobie. 
- Błagam cię, nie mów jej, ze tutaj jestem! - Pique błagał mnie na kolanach. W końcu mogłam poczuć się przy nim wysoka.  
Pokręciłam głową, przyłożyłam telefon do ucha i po chwili zaczęłam mówić:
- Hey Shaki! Co tam u ciebie? A, Gerarda nie ma w domu, a miał ci pomóc z Milankiem? No nie dziwne, że go nie ma, bo siedzi sobie z Danim na kanapie... 
Nie zdążyłam powiedzieć nic więcej, bo usłyszałam trzask drzwi wyjściowych zamykanych przez Pique. Zaczęłam się śmiać. 
- No to Pique ma przerąbane - skwitował Alves, siadając przed telewizorem. 
- No nie koniecznie - powiedziałam, siadając zaraz obok niego.
- Jak to? 
- Przecież ja nie mam numeru do Shakiry! - zaśmiałam się i dołączył do mnie mój przyjaciel. Jestem tu od dosłownie dnia. Nie wierzę, że Gerard uwierzył, że zdążyłam już poznać jego partnerkę. 
- Zawsze wiedziałem, że on jest inteligentny, ale żeby aż tak? - śmiał się z przyjaciela Alves. 
- Pisiąt twarzy Gerarda! - zawołałam.
- Pisiąt twarzy Neymara! - dodałam w myślach.




Jestem! A w opowiadaniu mamy względną sielankę :D Nie martwcie się, nie na długo ;) 
A już od 1 lutego zapraszam was na moje wattpadowe opowiadanie pt. "Music was the beginning" (Szczególnie miło widziane Directioner ;))

piątek, 8 stycznia 2016

Rozdział 5.

* 5 dni później *
Myśląc, że po wyjeździe Katalończyków będę miała spokój, nie mogłam być dalej od prawdy. Minęło kilka dni, a ja jestem wykończona. Nie było dnia, ani godziny kiedy nie dostałabym wiadomości od Barcelończyków w związku z moją decyzją. W miarę upływu czasu i zbliżania się terminu, w którym mogłam zjawić się w stolicy Katalonii dostawałam ich coraz więcej. Także przynajmniej dwa razy dziennie odbierałam telefon z pytaniem czy jednak zdecydowałam się przyjechać. Za każdym razem odpowiedź brzmiała tak samo, ale to tylko motywowało ich do dalszego nękania mnie.
I to nie tylko oni cały czas mi o tym przypominali. Codziennie w pracy Suz próbowała mnie przekonać do tego wyjazdu. Na treningach też słyszałam dokładnie to samo. Czułam się jakby był to główny temat każdej rozmowy że mną.
Przez całe te dni myślałam tylko o tym. Wyliczałam sobie dobre i złe strony tego pomysłu z wyjazdem. Poszłam do wniosku, że chciałabym jednak kiedyś spróbować piłki na poważnie. Ale na przeciwległej szali znalazł się strach przed tym, że Messi że swoim uporem w końcu rozwiąże tą całą tajemnicę i będzie chciał odbyć rozmowę z moim bratem, czego ja bym z pewnością nie przeżyła. Nie trudno zrozumieć, że to przeważyło nad chęcią grania zawodowo w nożną.
Jednak z każdym dniem ta teoria mnie opuszczała. Ostatecznie doprowadziło to do tego co się właśnie dzieje.
Wczoraj doszłam do wniosku, że jeśli tam nie pojadę, to do końca życia moi przyjaciele nie dadzą mi spokoju, a myśl, że nie wykorzystałam szansy będzie mnie już zawsze prześladować. Dlatego spakowałam swoje rzeczy do walizki, spotkałam się ze wszystkimi swoimi przyjaciółmi, aby się z nimi pożegnać i tak opuściłam na kilka dni moje "spokojne" życie.
* Messi *
Od prawie tygodnia próbowaliśmy przekonać Nadię, aby przyjechała do Barcelony. Pisaliśmy, dzwoniliśmy... Ale ona nadal pozostawała nieugięta. Traciliśmy już nadzieję, na to, że zmieni zdanie. Do terminu, w którym został wyznaczony termin spotkania pozostały tylko dwa dni, a my nadal nie mieliśmy pewności, że zmieni zdanie. Cóż, przestawaliśmy wierzyć. 
Nie wiem dlaczego tak bardzo chcieliśmy, żeby znalazła się w klubie. Może dlatego, że gdy spotkaliśmy ją po raz pierwszy, od razu zaimponowała nam swoją grą. Jej styl był po prostu niepowtarzalny. Z drugiej strony chęć poznania jej i jej tajemnicy była ogromna, a trudno by było zrobić to na odległość. 
Byliśmy właśnie w szatni po zakończonym treningu. Przebieraliśmy się, żeby móc w końcu wrócić do domu. Moim nawykiem stało się już ciągłe sprawdzanie telefonu. Oczekiwałem, że może Nadia zmieni zdanie i napisze do mnie wiadomość, albo wspomni o tym, na którymś z portali społecznościowych, które oczywiście obserwowałem. 
Za każdym razem kończyło się to tym, że miałem coraz większą nadzieję, że może niedługo napisze. Ale dzisiaj czekała na mnie miła niespodzianka. Nadia dodała post na swoim Twitterze. 
"Siedzę na głupim lotnisku, czekając na głupi samolot, żeby polecieć do głupiej Hiszpanii, by spotkać się z moimi głupimi przyjaciółmi. Jak ja kocham swoje życie." - brzmiał wpis. Dość wymowny. 
Mimo wszystko moja radość zwróciła uwagę chłopaków, którzy od razu zbiegli się, zobaczyć co mnie tak ucieszyło. Wszyscy bardzo cieszyliśmy się na tą wiadomość. Nadia jednak przyjedzie. Czyli nasze starania nie poszły na marne. Choć stwierdzam, że chyba nie spodobały się jej, ale widocznie były skuteczne. Przyjedzie tutaj, znajdzie się w klubie i będzie musiała się tu przeprowadzić. A wtedy będzie coraz łatwiej poznać tajemnicę jaką skrywa Nadia Davies. 

* Nadia *
Wysiadłam z samolotu, odebrałam swoją walizkę i wtedy dopiero zdałam sobie sprawę z tego, że tak naprawdę przyjechałam tutaj nikogo o tym nie informując. Żaden z piłkarzy Barcelony nie dowiedział się ode mnie o moim przylocie. A było to z mojej strony naprawdę nieprzemyślane, skoro jestem tutaj w pewnym sensie z ich powodu.
Postanowiłam, że spróbuję zadzwonić do któregoś z nich dopiero, gdy opuszczę lotnisko. Będę musiała znaleźć sobie jakiś hotel na czas mojego pobytu tutaj. Bo w końcu nie wiadomo na jak długo tu zostanę.
Jednak, gdy miałam już wychodzić w oczy rzuciła mi się kartka z moim nazwiskiem. Przyjrzałam się dokładniej i zauważyłam Daniego. Co on tu robi? I skąd wiedział, że przylatuję?
Ruszyłam w jego stronę, gdy mnie zobaczył rzucił kartkę gdzieś w kąt i od razu do mnie podszedł.
- Jak ja cię dawno nie widziałem! - zawołał nie zważając na to, że wokół są inni ludzie.
- Ja nie wiem czy tak bardzo się za wami stęskniłam. Przez ostatnie dni czułam się jakbyście ze mną byli wszędzie - powiedziałam kwaśnym tonem, ale tak naprawdę cieszyłam się, że go widzę. On z resztą też o tym wiedział.
-"...głupia Hiszpania i głupi przyjaciele", tak? - zaśmiał się, cytując mojego tweeta. No to zagadka rozwiązana, wiadomo skąd wiedzą. 
- Żebyś wiedział. Katowaliście mnie przez ostatnich pięć dni - zauważyłam. 
- Ale widocznie było skuteczne skoro tu jesteś - powiedział dumny z siebie. - To jak, idziemy?
- Tak, jasne - odpowiedziałam, a on zabrał moją walizkę i ruszył w stronę wyjścia. 
- Sama mogę ją wziąć - zwróciłam mu uwagę, podążając za nim.
- Nawet nie ma mowy - powiedział z uśmiechem, wychodząc przez drzwi obrotowe lotniska. Naprawdę fajnie było po tyłu godzinach lotu w końcu móc poczuć w płucach świeże powietrze. 
Przeszłości razem z Danim przez ogromny parking aż na jego drugi koniec, a tam przy samochodzie czekał na nas drugi z piłkarzy. Niestety nie było to miłe zaskoczenie, ponieważ na moje nieszczęście był to Neymar. Posłała Daniemu wkurzone spojrzenie, a on zaśmiał się pod nosem i wzruszył ramionami, ale nic nie odpowiedział. Czułam, że specjalnie zabrał ze sobą Neymara na lotnisko. Wiedział jak bardzo siebie nie znosimy. 
- Co, księżniczka sama nie mogła nawet zabrać swojej walizki? - rzekł złośliwie Neymar, gdy tylko się do niego zbliżyliśmy. Jak zwykle nieznośny. 
- Nigdy księżniczką nie byłam, nie jestem i nie będę, więc mógłbyś zostawić te komentarze dla siebie - zwróciłam mu uwagę, na co już mi nie odpowiedział, tylko wsiadł do samochodu na miejsce pasażera. Dzięki Bogu, że to nie on będzie prowadzić! 
Alves w tym czasie zdążył już schować do bagażnika moją walizkę i teraz otwierał dla mnie tylne drzwi samochodu. 
- Dzięki - powiedziałam z uśmiechem, wysiadając do środka. Przez kilka nie zręcznych sekund znajdowała się tam sama z obruszonym Neymarem, ale na szczęście zaraz znów pojawił się Dani. 
- Dokąd jedziemy? - zapytałam po kilku minutach jazdy w ciszy. 
- Do Honolulu małpy drażnić - usłyszałam natychmiast odpowiedź od pana okrążonego, który nie odgrywał wzroku od swojego telefonu. 
- A wiesz, że chyba już nawet widzę jedną? Siedzi centralnie przede mną - odpowiedziałam i widziałam jak spina mięśnie że złości. Nadia vs. Neymar 1:0.
- Jedziemy do domu - powiedział wreszcie Alves. 
- Do domu?! Myślałam, że zawieziesz mnie po prostu do hotelu - oczekiwałam jakiejś riposty ze strony Neymara, ale on nadal siedział wypatrzony w ekran telefonu.
- Powiem szczerze: rozmawialiśmy o tym z resztą chłopaków i doszliśmy do wniosku, że nie będziesz mieszkać w hotelu. Byłoby z tym zbyt dużo zamieszania - poinformował mnie, spoglądając na mnie w lusterka wstecznym. Miał na myśli sytuację z klubem, tam myślę. - Dlatego uznaliśmy, że zamieszkasz u któregoś z nas. 
- Któregoś z was? - powtórzyłam zdziwiona. 
- W domu moim albo domu Neymara - wyjaśnił na co młodszy Brazylijczyk widocznie zainteresował się prowadzoną przez nas rozmową. W końcu tu chodziło o jego święty spokój.
- Sądzisz Dani, że będę się wahała, mając tylko taki wybór? Wolałabym mieszkać na ulicy niż w jego domu! - Neymar głośno wypuścił powietrze z płuc. Ulżyło mu, że nie zamierzam go torturować swoją obecnością. 
- Zgadzam się w stu procentach - powiedział rozradowany moją niechęcią do mieszkania z nim. 
- No, chociaż w jednym jesteście zgodni - zaśmiał się Dani. 
Resztą drogi, która nie była zbyt długa minęła nam na słuchaniu muzyki. Szczęściem było dla mnie to, że Neymar znów przestał zwracać na mnie uwagę. Poświęcał dużo więcej uwagi telefonów niż otaczające mu go światu. Powinien zacząć to leczyć, bo na głupotę już za późno. 
Dom Daniego zrobił na mnie ogromne wrażenie. Gdy tylko weszliśmy do środka Neymar gdzieś zniknął, a przyjaciel pokazał mi mój pokój. Potem zostawił mnie samą, żebym mogła rozpakować swoje rzeczy. 
Po godzinie spędzonej samotnie, usłyszałam głos Alvesa, wołającego mnie na dół. Zostawiłam rzeczy, które teraz układała w szafce i zeszłam do salonu, ale nikogo tam nie zostałam. Zauważyłam otwarte drzwi prowadzące do ogrodu i dopiero, gdy się tam znalazłam, zobaczyłam piłkarzy siedzących przy jednym, ogromnym stole. Szybko zdałam sobie sprawę z tego, że byli tam wszyscy z wyjątkiem Neymara. 
- Witamy w Katalonii! - zawołali, gdy tylko mnie spostrzegli. 
Cieszyła się z takiego przywitania, nawet bardzo. Jednak martwiła mnie ta nieobecność Neymara. Oczywiście nie chodzi tu o to, że martwiłem się o niego, co to, to nie. Ja martwiłem się o siebie. Przecież on nigdy nie przegapiłby okazji, żeby się ze mnie trochę ponaśmiewać. 
Kiedy tak wstałam i rozważałam, nagle poczułam czyjeś dłonie na moim ciele i chwilę później zostałam wzniesiona w powietrze. Już wiedziałam gdzie jest Neymar. Nie rozumiałam jego zachowania, ale wszystko stało się jasne, gdy wylądowała w lodowatej wodzie basenu Alvesa. 
- Witamy w Katalonii - powiedział rozbawiony Neymar, gdy tylko wynurzyłam się z wody. Miał chyba radość z tego, że patrzył na mnie z góry, stojąc przy krawędzi basenu.
Jak bardzo będę jeszcze mogła go znienawidzić? 
Kiedy zaczął się śmiać, uderzyła pięścią w wodę, która przez to oblała Neymara. Teraz to ja zaczęłam się śmiać. Neymar początkowo spojrzał na mnie wkurzony, ale po chwili uśmiechnął się i sięgnął po krańce swojej mokrej koszulki. Wiedziałam, że chciał ją zdjąć, dlatego zanurzyłam się szybko w zimnej wodzie, żeby uniknąć czerwieni na moich policzkach, kiedy zobaczę jego wyrzeźbiony tors. I nie chodziło tu konkretnie o Neymara. Po prostu już tak miałam, że w takich sytuacjach moje policzki przybierały ciemnoróżowy kolor. 
Chwilę później wynurzyłam się z wody i wyszłam z basenu. Skierowałam się do domu. 
- Już myśleliśm, że się tam utopiłaś - zaśmiał się Neymar, na co przystanęłam.
- Nie musisz udawać, że się martwiłeś. Z pewnością byś się z tego ucieszył - powiedziałam i zostawiła oszołomionych chłopaków w ogrodzie. 
Wróciłam do swojego pokoju i chciałam się od razu przebrać z tych przemokniętych ubrań, ale zwróciłam najpierw uwagę na telefon, który tu zostawiłam. Zawibrował kiedy tylko weszłam do pokoju. 
"Leo mówi, żebyś przebrała się w jakieś dresy, bo niedługo jedziesz z nami na trening :*" - brzmiała wiadomość, którą wysłał do mnie Alves. 
A już myślałam, że oni pojadą na trening i będę miała święty spokój od tego głupiego człowieka. Ale nie, przecież muszę z nimi jechać tak jakbym im tam była do czegoś potrzebna. 
Mimo wszystko szybko się przebrałam i ponownie zbiegłam na dół. 
Chłopacy nadal niezmiennie zajmowali swoje miejsca przy stole w ogrodzie. Jak na złość jedyne wolne miejsce znajdowało się pomiędzy Neymarem a Danim. Oni chyba sobie że mnie żartowali! 
Nawet nie było takiej opcji żebyśmy siedzieli obok siebie, więc podeszłym do Alvesa i po cichu poprosiłam go, żeby przesiadł się na miejsce obok, co oczywiście uczynił, choć namawianie go nie poszło mi tak łatwo. 
Siedziałam przez chwilę, przeglądając profile piłkarzy na instagramie. Będąc na jednym z nich przypadkiem przeniosła się na profil jednej z bliskich mi osób, które przypominały mi o Brazylii. Nie czułam się tam dobrze, nie było to moje miejsce w świecie, ale mimo wszystko teraz za nią zatęskniłam. Łzy zaczęłyby spływać za chwilę po moich policzkach, gdyby nie fakt, że Leo nagle przerwał mój tok myśli. 
- Nadia -  zawołał. 
- Tak? - odpowiedziałam, wracając do rzeczywistości. 
- Dzisiaj po treningu ma do ciebie przyjść trener sekcji żeńskiej. Chciał z tobą porozmawiać przed tym całym spotkaniem. 
- Okey, nie ma problemu. Szczerze mówiąc mam do niego sporo pytań - przyznałam. - To o której macie ten trening? 
- Za jakieś dwie godziny. Dopiero co przyleciałaś, więc może się chociaż zdrzemnij - zaproponował Leo, a ja musiałam się z nim zgodzić. Jeśli nie chcę zasnąć na treningu to powinnam przespać przynajmniej godzinę. Pożegnałam się z chłopakami i poszłam na górę do swojego pokoju. 
Nie długo zajęło mi zaśnięcie, bo byłam naprawdę zmęczona. Śnili mi się moi przyjaciele z Anglii. Zdawałam sobie sprawę z tego, że będę za nimi tęsknić, ale nie myślałam, że nastąpi to tak szybko. 


Skończyłam! Udało się choć czekałam na to dość długo. Szkoła po prostu nie daje żyć. Ale jakoś trzeba dać radę ;) 

Neyforever :*



wtorek, 29 grudnia 2015

Rozdział 4.

~ Czemu by nie...

Następnego dnia nie miałam już czasu na myślenie o Barcelonie czy Messim i jego małym dochodzeniu. Z samego rana zerwałam się z łóżka i pobiegłam do pracy. Przez te kilka godzin tam spędzonych przez moje myśli nie przebiegło nawet wspomnienie piłkarzy, którzy przez te dwa dni tak bardzo namieszali w moim życiu. Z powodu zapewne przedmeczowego treningu żaden z nich nie pojawił się w restauracji. I niezmiernie mnie to cieszyło.
Nie zdarzyło się nic co przypomniałoby mi o piłkarzach Dumy Katalonii aż do momentu, w którym pod koniec mojej zmiany za oknami zauważyłam postaci ubrane w koszulki ukochanych klubów: Arsenalu i Barcelony. Wszyscy zmierzali na stadion.
Także i moja przyjaciółka postanowiła mi przypomnieć o piłkarzach chwilę później, gdy przygotowywałam się do wyjścia.
- I co, Nadia? Postanowiłaś coś w sprawie wyjazdu? - zapytała, stając w drzwiach i przy okazji blokując mi wyjście. Wspominałam już jaka jest uparta?
- Nie podjęłam jeszcze żadnej decyzji, jeśli o to ci chodzi - odpowiedziałam i chciałam przejść obok niej, ale nadal nie pozwalała mi opuścić pomieszczenia. Jeśli za chwilę nie wyjdę to na pewno się spóźnię!
- A zastanawiałaś się nad tym chociaż?
- Sporo o tym wczoraj myślałam - powiedziałam szorstkim tonem. Suz widocznie musiała to wyczuć.
- Nadia, nie złość się na mnie. Ja po prostu chcę żebyś podjęła dobrą decyzję - wytłumaczyła się.
- Nie martw się, cokolwiek postanowię będzie to przemyślane. Czuję się jakbyś chciała się mnie stąd pozbyć - zaśmiałam się. - Tak myślałam, że masz mnie już dość.
- Nawet sobie tak nie żartuj. Wiesz, że zawsze będę z tobą. Po prostu staram się o ciebie troszczyć jak o siostrę, a nie chcę zachowywać się egoistycznie chcąc, żebyś mimo wszystko została tu ze mną - nie dziwię się słowom Suz. Ona wiedząc, że moja siostra jest daleko stąd i nie mam z nią kontaktu, z całej siły starała się mi ją w jakiś sposób zastąpić. I naprawdę jestem jej za to bardzo wdzięczna.
- Daj spokój za dobrze cię znam. Ale teraz muszę już lecieć, bo nie mogę się spóźnić- pożegnałam się z przyjaciółką i jak najszybciej ruszyłam do swojego domu.
Miałam naprawdę niewiele czasu. Mimo, że nie mieszkałam najbliżej to w ciągu dwudziestu minut znalazłam się przed drzwiami mojego mieszkania. Nie zastanawiałam się nad tym co muszę zrobić. Wszystko miałam już przygotowane w głowie od samego rana. Szybko otworzyłam drzwi i od razu udałam się do swojej sypialni. Szybko przebrałam się w mój ulubiony strój, w którym zawsze chodziłam na mecze.  Jeansy i moja koszulka w barwach Arsenalu. Oczywiście nie była to taka koszulka jaką mógł mieć każdy.
Dokładnie pamiętam dzień, w którym ją dostałam. Było to jakieś pół roku po tym jak tu przyjechałam. Były to pierwsze urodziny jakie obchodziłam w Wielkiej Brytanii. Dostałam ją od mojego przyjaciela. Od momentu, gdy tylko go poznałam, pokochałam Arsenal. Przychodziłam na każdy mecz, a Wojtek w końcu postanowił w pewnym sensie to uczcić, podarowując mi koszulkę z moim imieniem i numerem 52. A ta liczba wcale nie była przypadkowa.
Gdy byłam już gotowa, zabrałam jeszcze tylko kilka niezbędnych rzeczy i po spojrzeniu na zegarek w niesamowitym tempie opuściłam mieszkanie. Jeśli nie zdążę chłopacy mi tego nie wybaczą...
Oczywiście o tej porze jak zwykle były ogromne korki. Nawet nie łudziłam się, że łapiąc taksówkę zdążyłabym na czas. Pozostało mi tylko biec w stronę stadionu. Przyda mi się trochę ruchu, może przy okazji poprawię kondycję.
Bardzo zależało mi żeby być na czas, chyba aż za bardzo, bo gdy znalazłam się na miejscu miałam jeszcze co najmniej pół godziny. Swoim zwyczajem skierowałam się do szatni piłkarzy Arsenalu.
Można by powiedzieć, że przez znajomość z piłkarzami stałam się tak jakby częścią klubu, choć wcale nigdy do niego nie należałam. Mimo to wszyscy mnie tu znali. Na końcu korytarza dla kibiców, przejścia do podziemia budynku pilnował mój przyjaciel, Andre. Nie było najmniejszego problemu z wpuszczeniem mnie tam, gdzie wpuszczać się mnie nie powinno.
Droga do szatni była mi bardzo dobrze znana, więc nawet pięciu minut nie zajęło mi dotarcie tam. Niestety, po drugiej stronie korytarza znajdowały się drzwi prowadzące do szatni gości i akurat, gdy kierowałam się do moich przyjaciół, drzwi na przeciwko otworzyły się i zobaczyłam w nich sławny tercet Barcelony. Ja to mam te szczęście...
- Nadia, nie zgubiłaś się przypadkiem? Nasza szatnia jest tutaj - zaśmiał się Neymar. Ygh.
- Nie, idę dokładnie tam, gdzie chciałam - odpowiedziałam i otworzyłam drzwi do szatni gospodarzy. Minęłam się z trenerem Arsenalu, który posłał mi ciepły uśmiech, a chwilę później zobaczyłam moich przyjaciół. Ich miny zwiastowały, że są gotowi na ten ciężki, nadchodzący mecz. Determinacja i nadzieja to rzeczy, których u nich nie może nigdy zabraknąć.
Od razu, gdy tylko mnie zobaczyli zaczęło się przytulanie i radosne okrzyki na mój widok. Nie, Neymar nie ma racji. Mam tu rodzinę. Lepszą niż mogłabym sobie kiedykolwiek wymarzyć.
- No moje łamagi, powodzenia na meczu - powiedziałam kilka minut później, gdy mój czas tutaj dobiegał już końca.
- Kto tu kogo nazywa łamagą? Z tego co pamiętam to ty nabawiłaś się kontuzji, schodząc z trybun - zaśmiał się ze mnie Wojtek. Będzie mi to wypominał do końca życia. Albo do momentu, w którym wyjedzie...
- Oj, cicho bądź, to było dawno i nie prawda -  powiedziałam i wszyscy śmiejąc się wyszliśmy z szatni.  Na korytarzu spotkaliśmy już gotowych do gry piłkarzy z Katalonii. Zostało tylko kilka minut do rozpoczęcia meczu. Nie zważając na obecność Barcy, przytuliłam każdego z moich przyjaciół i każdemu z nich z osobna życzyłam powodzenia. Na koniec oczywiście zostawiłam sobie Alexisa i Wojtka. Kiedy już miałam odchodzić w stronę trybun ten drugi pociągnął mnie za rękę.
- A gdzie to się wybierasz? - powiedział Alexis.
- Na trybuny, zobaczyć te moje łamagi na boisku - zaśmiałam się.
- Nie wydaje mi się - powiedział Wojtek. - Idziesz z nami - powiedział mi na ucho, z czego się zaśmiałam.
- Chcesz narobić plotek o nas przed wyjazdem do Włoch? - odpowiedziałam mu.
- Czemu by nie - zaśmiał się. Skoro taka ich wola, żebym wyszła z nimi, to czemu nie. Taka okazja się raczej więcej nie powtórzy.
Wojtek złapał mnie za rękę, kiedy szliśmy z resztą piłkarzy do tunelu i kiedy z niego wychodziliśmy. Kątem oka widziałam jak chłopacy z Barcelony patrzą na nas i szeptają coś między sobą, ale nie zwróciłam na to większej uwagi. Ludzie mogą myśleć o nas co chcą. Najważniejsze, że my wiemy kim dla siebie jesteśmy.
Gdy piłkarze weszli na murawę ja usiadłam na ławce trenerskiej razem z trenerem, całym sztabem i chłopakami. Wszyscy rozemocjonowani czekaliśmy na początek meczu.
Gdy sędzia rozpoczął spotkanie od razu wdałam się w dyskusję z trenerem na temat gry chłopaków. popełnili kilka błędów, a przy przeciwniku takim jak Barcelona niemal od razu powoduje to zagrożenie. Ale przez całą pierwszą połowę nie opuściła ich motywacja, którą widziałam jeszcze w szatni. Było kilka groźnych sytuacji, ale Wojtek dzisiaj stanął na wysokości zadania. Po pierwszych czterdziestu pięciu minutach tablica wyników wskazywała remis 1:1. Kibice nie mogli nie być zadowoleni.
Nie zeszłam do szatni na przerwę w grze. To był czas przeznaczony tylko dla chłopaków i ich trenera. Ja nie pełniłam tutaj żadnej funkcji, która uprawniałaby mnie do obecności tam.
Druga połowa przebiegła podobnie do tej pierwszej. Duma Katalonii po przerwie była jeszcze silniejsza, ale nie pomogło im to w zdobyciu zwycięstwa. Mecz zakończył się z wynikiem 2:2, co bardzo nam pasowało.
Razem z przyjaciółmi weszłam do tunelu ciesząc się z korzystnego wyniku. Piłkarze Barcelony, którzy szli za nami nie byli zbyt zadowoleni. Ale była tam taka jedna osoba, która mimo wszystko się nie przejmowała.
- Nadia, poczekaj! - zawołał za mną, przepychając się między moimi przyjaciółmi. Większość z nich spojrzała na mnie zdziwiona, że zna mnie najlepszy piłkarz na świecie. Przekazałam im bezgłośnie, żeby poszli do szatni. Coś czułam, że nie zajmie nam to chwileczki.
- Tak, Leo? - odpowiedziałam mu, a w tym czasie dotarła do nas reszta piłkarzy Barcy.
- To dlatego nie chcesz z nami jechać? Przez klub? I przez niego? - zapytał Neymar. Co on się taki dociekliwy zrobił? Wiedziałam, że chodzi o mnie i Wojtka. Ale to chyba nie jego sprawa.
- Nie sądzę, że on powinien cię interesować, Neymar. Ale mimo wszystko, nie to nie dla niego chcę tu zostać. Chcę tu być dla mojej rodziny, jaką jest Arsenal - powiedziałam, nawiązując do jego wcześniejszych słów o mojej rodzinie.
- A FC Barcelona nie byłaby dla ciebie rodziną? - zawołał w odpowiedzi.
- Barca miałaby zbyt dużo z mojej prawdziwej rodziny! - krzyknęłam, na co od razu się zamknął. - On od zawsze ją kochał - dodałam, po czym odeszłam, a w moich oczach zaczęły gromadzić się łzy. Nigdy nie powinien był poruszać tego tematu. Nie zna mnie, nic o mnie nie wie!
Nikt nie odważył się za mną pobiec, ale gdy się odwróciłam zauważyłam, że całą tą scenę widział Alexis. Od razu podszedł do mnie i przytulił wściekle patrząc na Neymara.
Wojtek i Alexis byli jednymi z niewielu osób, które wiedziały o mnie praktycznie wszystko. Wiedzieli nawet dokładnie o mojej rodzinie. Dlatego nigdy nie powiedzieliby niczego co mogłoby mnie skrzywdzić. I w miarę możliwości nie pozwalali innym tego robić.
Ale nagle Alexis lekko mnie od siebie odsunął i powiedział, że idzie porozmawiać z przyjaciółmi z dawnego klubu. Ja odwróciłam się, żeby iść do szatni i pożegnać się z chłopakami, ale napotkałam niemałą przeszkodę.
- Oscar! - zawołałam i rzuciłam się na szyję mojemu przyjacielowi. On zaśmiał się na moją reakcję, ale mimo wszystko mnie przytulił.
Oskar był osobą, z którą przyjaźniłam się najdłużej ze wszystkich moich przyjaciół. Poznaliśmy się jeszcze za czasów, kiedy grał w drużynie juniorskiej Sao Paulo. Oczywiście on także należy do grona osób, które wiedzą o mnie bardzo dużo.Jedyna różnica jest taka, że on wszystko co się działo widział na własne oczy. Ale mimo wszystko, za każdym razem, kiedy leci do Brazylii spotyka się z moim bratem i czasami opowiada mi co się u niego dzieje. I to on przez te trzy lata opiekował się mną najbardziej.
Zdziwił się bardzo, gdy zobaczył w naszym otoczeniu piłkarzy Barcelony. Nie sądził, że będę chciała znaleźć się w ich towarzystwie. A jednak.
Oscar chwilę rozmawiał ze swoimi przyjaciółmi z Brazylii, a ja w tym czasie pożegnałam chłopaków czekających na mnie w szatni, a potem pożegnałam tych którzy przylecieli ze stolicy Katalonii. Oczywiście ze wszystkimi oprócz Neymara. Wiem, że zapewne więcej ich nie spotkam, więc mój problem tak jakby znika. Wieczorem mają samolot powrotny do Barcelony, więc teraz w końcu będę mogła wrócić do swojego spokojnego i nudnego życia w stolicy Anglii.




Hey :D 
Miałam trochę wolnego czasu, więc postanowiłam napisać coś dla Was :D Mam nadzieję, że Was nie zawiodłam ;)
Co do tajemnicy, o którą pytała Lila, od razu mówię, że nie prędko się ona rozwiąże, ale z rozdziału na rozdział będzie o niej wiadomo coraz więcej. 
Pozdrowienia, Neyforever :*









sobota, 26 grudnia 2015

Rozdział 3.

~ Wyjeżdża do Włoch...

- Leo, nawet nie ma mowy! - zawołałam, odsuwając od siebie myśl o uderzeniu najlepszego piłkarza świata.
- Ale dlaczego? Ten wyjazd to dużo lepsza perspektywa dla... twojej kariery! - odpowiedział mi na to Neymar.
- Mojej kariery? Mam rzucić wszystko co tutaj mam: przyjaciół, pracę i całe życie, które sobie tu ułożyłam tylko dla jakiejś głupiej kariery?! Sorry, ale nie rzucę wszystkiego co mam tylko po to, żeby robić karierę.
- Nie masz tu rodziny...
- Co?! - zapytałam zdziwiona.
- Nie masz tu nikogo bliskiego. W Barcelonie miałabyś rodzinę - powiedział Neymar.
- Jestem tutaj dlatego, że postanowiłam o zostawieniu rodziny. Więc twój argument jest dość słaby, Neymar - odpowiedziałam.
- Czyli jesteś szczęśliwa z tego, że jesteś sama? Że nie masz tutaj kompletnie nikogo? - ciągnął temat, a reszta piłkarzy jedynie uważnie przysłuchiwała się naszej wymianie zdań.
- Gdybyś przeszedł przez to, przez co ja musiałam przejść też byłbyś szczęśliwy będąc sam - powiedziałam, na co Neymar zamyślił się i już mi nie odpowiedział.
- Nadia, pomyśl o tym. Kochasz piłkę, a taka druga okazja się nie nadarzy. A nie osiągniesz w Londynie tego co możesz osiągnąć w Barcelonie - przemówił Leo.
- Odpuścicie mi, jeśli powiem, że się zastanowię?
- Częściowo - przyznaje.
- W takim razie się zastanowię. A teraz przepraszam, ale muszę wracać do pracy - odeszłam od ich stolika, a wracając do baru poprosiłam Kate, żeby zajęła się piłkarzami. Sama wracam do Suzanne.
- Niedługo cię wywalą za te pogaduszki z klientami - zaśmiała się, gdy do niej podeszłam.
- Rozmowę z piłkarzami Barcelony będą mi musieli wybaczyć - westchnęłam.
- Rozmawiałaś z nimi? Jaka z ciebie szczęściara!
- Tsa, i to nie po raz pierwszy. Spotkałam się z nimi wczoraj. I dzisiaj na treningu. I teraz w restauracji. Oni chyba zaczęli mnie śledzić - wzdycham. Naprawdę zaczynam się czuć prześladowana.
- A czego takiego chcieli od ciebie przed chwilą? - przed chwilą Suz zganiła mnie za to, że rozmawiam z gośćmi, a teraz sama wyciąga mnie na plotki.
- Żebym poleciała do Barcelony - mówię cicho.
- Że co?!
- Byli na treningu, widzieli jak ćwiczę. Chcą, żebym poleciała do Barcelony spróbować swoich sił w ich klubie.
- Ty chyba nie przepuścisz takiej okazji! - Suz mówi to tak podekscytowana, jakby to ona miała wyruszyć w podróż do dalekiej Hiszpanii. Ale w głębi serca wiem, że ona wykorzystałaby tę okazję i że cieszy się teraz moim szczęściem.
Ale jest coś w czym się różnimy. Ona nawet nie myśląc, od razu przyjęłaby tę propozycję mimo iż w Londynie ma rodzinę. Ja, która jestem tu kompletnie sama waham się nad podjęciem decyzji. Może dlatego, że ona jest nastawiona przede wszystkim na nowe wyzwania, a ja nie chcę przypadkiem w Barcelonie natknąć się na kogoś, kto sprawi, że wszystko co było kiedyś, teraz do mnie wróci. A to jest bardziej niż pewne.
Moja przyjaciółka oczywiście nie potrzebowała moich słów, żeby wiedzieć co o tym myślę.
- Bardzo dobrze, że chcą żebyś poleciała do Hiszpanii. Masz ogromny talent i powinnaś walczyć o to, żeby móc go wykorzystywać.
- Ale ja nie wiem czy chcę go wykorzystać. A nawet jeśli to nie wiem czy chcę to robić akurat w Barcelonie.
- W Londynie też nie chciałaś. Wiesz, że w Arsenalu czy Chelsea przyjęliby cię bez wahania. Skoro nikomu z nas tutaj nie udało się ciebie przekonać to może piłkarzom Barcelony w końcu się to uda.
- Boję się, że jeśli pojadę do Barcelony, to już nigdy więcej nie wrócę do Londynu - przyznałam nieśmiało.
- A dlaczego miałabyś chcieć tu wracać? Miałabyś wrócić do swojego wynajmowanego mieszkania i nudnej pracy kelnerki? Nic cię tu nie trzyma - powiedziała stanowczo. Zdawałam sobie sprawę z tego, że miała rację. Ale tu nie chodziło o strach przed zostawieniem Londynu. Tu chodziło o strach przed Barceloną.
- Mam tutaj ciebie, chłopaków... nie dam sobie rady bez was....
- Mamy XXI wiek! Masz aż nadto możliwości żeby się z nami kontaktować. A to czy chłopacy tutaj zostaną też jest niepewną kwestią... Wojtek wyjeżdża do Włoch, a niedługo zaczyna się druga część sezonu, więc żaden z chłopaków nie będzie miał dla nas czasu i musisz się z tym pogodzić. Barcelona to naprawdę najlepsze wyjście. Zaczniesz życie zupełnie od nowa.
- Znowu - westchnęłam i opuściłam Suzanne.
Jej słowa naprawdę dały mi do myślenia. Strasznie przywiązałam się do moich przyjaciół, tutaj, w Londynie, ale oni i tak ciągle latają po świecie, a ja za każdym razem zostaję tutaj. Takie spokojne życie zrobiło się naprawdę uciążliwe.
Przystanęłam na chwilę, wyrzuciłam całkowicie z głowy myśli o wyjeździe do Barcelony i już spokojnie wróciłam do pracy. Piłka nożna nie powinna mi teraz zaprzątać głowy.
Gdy pół godziny później skończyłam swoją pracę i opuszczałam budynek restauracji oczywiście musiałam ponownie natknąć się na piłkarzy.
- No to na razie - powiedziałam z zamiarem odejścia w swoją stronę.
- Nie zamierzasz życzyć nam powodzenia na jutrzejszym meczu? - usłyszałam za sobą głos Neymara. Nie miałam zamiaru pozostawić tego bez odpowiedzi.
- Nie, nie zamierzam. Gracie przeciwko mnie. A wam nie trzeba życzyć powodzenia. I tak zagracie dokładnie tak jak chcecie - zauważyłam. Kocham Arsenal, ale w obecnej formie nie jestem pewna czy da radę potężnej Barcelonie.
Odwróciłam się i odeszłam, ale jednak najwidoczniej Leo postanowił sobie ze mną porozmawiać.
- Nadia, przemyśl to sobie. Nie podejmuj tej decyzji pochopnie.
- Już wam obiecałam, że się nad tym zastanowię. Mimo wszystko wyjazd do Barcelony to szansa - powiedziałam. - Czy to wszystko co chciałeś mi powiedzieć, bo nie ukrywam, że chciałabym już wrócić do domu - dodałam po chwili ciszy między nami.
- Czy łączyło cię kiedyś coś z... - wiedziałam dokładnie, o co Messi chce zapytać, więc nie pozwoliłam mu dokończyć pytania.
- Nie nigdy nic nas nie łączyło. Skąd ci to przyszło w ogóle do głowy?
- Twoje zachowanie...
- To jak się zachowuję... Taka już jestem i nic mnie nie zmieni. Ale proszę cię nie pytaj o to więcej.
- Wiesz, że ci tego nie obiecam.
- Ale mimo wszystko cię o to proszę - powiedziałam, a Leo jedynie westchnął zrezygnowany.
- Gdybyś zmieniła zdanie co do wyjazdu, to w Barcelonie oczekują cię za tydzień, żeby sprawdzić co naprawdę potrafisz. I nie będziesz tam sama - rzekł, po czym odwrócił się i poszedł, aby dogonić przyjaciół z klubu. Ja ruszyłam w drogę do domu, myśląc o tym co powiedział Messi.
Przez całą drogę i nawet już w domu myślałam nad wszystkim co dzisiaj usłyszałam. Słowa Leo, a szczególnie słowa Suzanne dały mi dużo do myślenia. Bo faktycznie, nie mam podstaw do tego, żeby upierać się nad pozostaniem w Anglii. Przyjechałam tu dlatego, że chciałam się odciąć od poprzedniego życia. Ale mój wybór był totalnie przypadkowy. Padło na Londyn, bo znałam język i był wystarczająco daleko od Brazylii. Ale teraz jakby zbytnio się do niej przybliżył.
Leżąc już na łóżku przypomniała mi się rozmowa z piłkarzem. Zapytał mnie o to, na co nie chcę udzielać odpowiedzi. Wie, że skrywam tajemnicę jaką jest moje poprzednie życie i mój 'zaginiony' brat. Wiedziałam, że będzie chciał wiedzieć o co chodzi. Zasypiając miałam w myślach tylko jedną myśl: "Leo nie odpuści."

niedziela, 6 grudnia 2015

Rozdział 2

~ Nareszcie do nas wróciłaś!

Rano zostałem obudzony w dość niedelikatny sposób. Prawdę mówiąc to zostałem zrzucony razem z pościelą z mojego łóżka przez Daniego.
- Zgłupiałeś?! - wydarłem się, wstając z podłogi.
- Nie, po prostu nie mogłem cię dobudzić, a za godzinę mamy trening - zaśmiał się ten idiota, wracając do pakowania swojej torby na trening.
 - Jeśli nie mogłeś mnie obudzić, to trzeba mi było dać w spokoju spać! Trening nie zając, nie ucieknie! - uznałem i ponownie położyłem się na swoim wygodnym łóżku. Jednak po chwili znów wylądowałem na podłodze.
-  Wstawaj, bo się nie wyrobimy - powiedział sprawca całego tego zamieszania.
- Dobra, dobra - po raz kolejny podniosłem się z podłogi i tym razem udałem się wprost do łazienki. Nie miałem zamiaru ryzykować kolejnego bliższego spotkania z podłogą.
Godzinę później razem z przyjaciółmi wkraczaliśmy już na murawę stadionu treningowego londyńskiego Arsenalu. A tam czekała na nas niespodzianka.
Na środku boiska znajdowała się uśmiechnięta Nadia. Odbijała zawzięcie piłkę nawet nie zauważając naszej obecności. Co ciekawe Leo, gdy tylko ją zobaczył, momentalnie wyją telefon i zaczął nagrywać wyczyny Brazylijki. Ja jedynie spojrzałem na niego zdziwiony.
- Dowiesz się w swoim czasie - odpowiedział wymijająco, zauważając moje zdumione spojrzenie. Naprawdę dużo się dowiedziałem...
Po chwili Leo ponownie schował telefon do kieszeni spodni i wszyscy powoli podeszliśmy do dziewczyny, która nawet w momencie kiedy nas zauważyła, nadal nie przestawała odbijać piłki.
- Hej - odezwała się dopiero po upływie kilku minut. - Trening?
- W końcu musimy trenować przed meczem. A ty jak się tu dostałaś? - zapytał zaciekawiony Leo.
- Mieszkam w Londynie już trochę czasu, więc mam pewne układy - zaśmiała się. Miała taki słodki, perlisty śmiech. A mimo wszystko nadal była bardzo skupiona na swojej zabawie z piłką.
- Chyba, że tak - powiedział Gerard. - Zagrasz z nami?
- Nie mogę. A z resztą nie chcę się ośmieszyć przed wielką FC Barceloną.
- Dobry żart - zaśmiał się Leo. - I w ogóle, jakie "nie mogę", co?
- Normalnie,... - Nadia chciała coś jeszcze dodać, ale właśnie w tym momencie dobiegł nas głos chłopaka zmierzającego w naszą stronę.
- Nadia! - zawołał, podchodząc do niej. Zrezygnowana dziewczyna zostawiła w końcu swoją zabawkę w spokoju. - Co ci mówiłem dzisiaj o grze w piłkę?
- Że mam nie grać, odpocząć sobie przez kilka dni... - mówiła wyraźnie znudzona uwagami chłopaka.
- Dobra, dobra, Nadia mów o co chodzi - powiedział wciąż radosny Alves.
- Oj tam taka mała kontuzja kilka tygodni temu... Nic poważnego. Ale oczywiście Andrew musi mnie niańczyć... - odpowiedziała
- No i może ma rację. Naprawdę powinnaś zrobić sobie przerwę - odezwał się w końcu Leo.
- Nawet ty przeciwko mnie? Cudownie! Nie ma to jak po przerwie robić sobie przerwę! - machała rekami w geście rozdrażnienia wracając do ławki rezerwowych.Wszyscy zaczęliśmy się śmiać. Zmieniła swoje korki i wróciła do nas.
- No to... chyba nic tu po mnie. Do zobaczenia na meczu - pożegnała się z chłopakami i opuściła stadion treningowy. Na mnie nie zwróciła najmniejszej uwagi. Czy naprawdę ja jej coś wczoraj zrobiłem, że tak się zachowuje?
Chwilę później jednak zostawiłem te myśli gdzieś daleko i całkiem oddałem się treningowi. Ostatniemu treningowi przed wielkim meczem.

*Nadia*

Po opuszczeniu stadionu, który zajęli piłkarze Barcelony ruszyłam do swojego domu, żeby zostawić tam swoje rzeczy i móc spokojnie się przygotować. Dzięki temu, że musiałam wrócić do domu wcześniej z powodu ich treningu miałam jeszcze dość dużo czasu. Zdążyłam trochę odpocząć i udałam się do dobrze znanej mi restauracji. Ale bynajmniej nie po to, żeby zjeść sobie obiad.
Przemierzam kilka zatłoczonych ulic i w końcu znajduję się na miejscu, niedaleko stadionu treningowego.
- Nadia! Nareszcie do nas wróciłaś! - zawołała moja przyjaciółka, Suzanne, gdy tylko podeszłam do barku.
- Bez przesady, nie było mnie zaledwie dwa miesiące. A teraz znowu wróciłam wam trochę podokuczać- Mam nadzieję, że wam tego brakowało - zaśmiałam się i poszłam do kuchni. Tam przywitałam się z kilkoma znajomymi, poszłam się przebrać i wróciłam na salę, żeby po długiej przerwie ponownie rozpocząć pracę.
Pracowałam w jednej ze znanych londyńskich restauracji. Znanej z tego, że często spotykali się tutaj kibice Barcelony. Ironia losu prawda? Zatrudniłam się tutaj niedługo po moim przylocie do stolicy Anglii. I właśnie tu poznałam Suzanne, która stała się moją najlepszą przyjaciółką. I tak jakoś się złożyło, że życie kelnerki mi się spodobało. Dzięki pracy tutaj poznałam naprawdę dużo ludzi. Między innymi właśnie moich przyjaciół z Arsenalu, który naprawdę wspierają mnie we wszystkim co robię. Znając moje umiejętności piłkarskie już dawno temu próbowali namówić mnie, abym dołączyła do klubu, do sekcji dla dziewczyn, ale nigdy się na to nie zgodziłam. Piłka owszem była moją największą pasją, ale chyba tego nie potrzebowałam. Nie potrzebowałam tej całej presji związanej z byciem zawodową piłkarką. Choć może tylko tak mówiłam, a wcale nie myślałam.
Dziś wracałam do pracy po dłuższym zwolnieniu, więc po wcześniejszym uzgodnieniu z właścicielem miałam dziś pracować jedynie cztery godziny. Ale nawet tak mało czasu wystarczyło, żeby coś mogło się wydarzyć.
Pierwsze trzy godziny minęły mi w bardzo przyjaznej atmosferze. Naprawdę fajnie było tu w końcu wrócić. Wiele stałych klientów zagadywało mnie na chwilę, by nadrobić czas kiedy mnie nie było. Dużo osób, które stale tu przychodziły bardzo mnie lubiło, stąd też większość z nich wiedziała dlaczego nie było mnie przez tak długi okres, Szczerze mówiąc, to cieszyłam się z powrotu. Nawet bardzo, aż do momentu, w którym do restauracji wkroczyli goście, których na pewno nie chciałam obsługiwać.
Rozejrzałam się po sali, ale nie było nikogo, kto mógłby mnie teraz zastąpić. Niech to szlag! Czyli to jednak ja będę skazana na płaszczenie się przed piłkarzami Blaugrany.
- Co ja takiego zrobiłam, że Bóg was na mnie nasyła? - zapytałam, podchodząc do nich i zwracając tym ich uwagę.
- Nadia? Wow, nie spodziewaliśmy się ciebie... w takim miejscu - natychmiast odezwał się Neymar.
- Wiesz, to, że lubię się czasami pouganiać się za piłką i to, że mój brat to robi, nie znaczy, że mam wiecznie leżeć i nic nie robić - odpowiadam dość spokojnie. Przecież nie jestem jakąś księżniczką, żebym miała jakąś taryfę ulgową, bo mam towarzystwo jakie mam...
 - Właśnie w związku z tym "uganianiem się za piłką" mamy dla ciebie pewną propozycję - powiedział Leo, podając mi swój telefon. Na wyświetlaczu widniała konwersacja mailowa.
Dopiero po chwili zauważyłam, że Messi wysłał na adres FC Barcelony nagranie z mojego dzisiejszego treningu. Przeczytałam odpowiedź i miałam szczerą ochotę go uderzyć.




niedziela, 29 listopada 2015

Rozdział 1.

~ Lodowata jak śnieg na Alasce.

Nareszcie wysiadam z samolotu. Po kilku godzinach spędzonych w zamkniętym pomieszczeniu z chłopakami nabawiłem się jedynie bólu brzucha spowodowanego ciągłym śmiechem. Jednak zdążyłem się już przyzwyczaić. Z nimi zawsze tak było.
Właśnie przylecieliśmy do Londynu, by za kilka dni rozegrać mecz z jednym z tutejszych klubów. Będzie to jeden z ważniejszych meczy tego sezonu. Z lotniska pojechaliśmy prosto do hotelu, w którym zatrzymamy się na tych kilka dni. Miałem nadzieję, że po tak długim locie będę miał w końcu okazję trochę odpocząć, jednak oczywiście nie było mi to dane, bo chwilę po tym jak wszedłem do swojego pokoju, pojawił się tam Dani - mój najlepszy przyjaciel.
- Ogarniaj się i lecimy na miasto - zawołał radośnie. Ja tu padam na twarz, a on chce mnie wyciągnąć na wycieczkę krajoznawczą. Chyba go do reszty pogięło.
- Nie ma opcji, zostaję w hotelu - powiedziałem ledwie podnosząc głowę z nad poduszki, na której leżałem.
- Wyśpisz się w nocy, a teraz chodź już, bo wszyscy na nas czekają! - powiedział, a mi zabrakło jakichkolwiek argumentów, dla których mógłbym zostać w hotelu.
- Dobra, poczekaj chwilę - powiedziałem, zabrałem portfel, telefon i klucze od pokoju i mogłem wychodzić. W hotelowym lobby czekała już na nas istotnie reszta drużyny. Wyszliśmy z budynku i powoli przechadzaliśmy się uliczkami Londynu, kierując się w stronę London Eye, które było dość daleko od nas. Chłopacy koniecznie uparli się, żeby tam iść, jednak w mniej więcej połwie drogi zauważyli jakieś boisko i zachciało im się zobaczyć kto na nim gra. Jakby to było takie ważne kto o godzinie 18 gra w Londynie na boisku... Ja więc nie miałem innego wyboru jak pójść za nimi.
Po chwili znajdowaliśmy się na trybunach niewielkiego stadionu. Na boisku znajdowało się kilkanaście osób grających w piłkę, ale moją uwagę przykuła głównie jedyna dziewczyna będąca na murawie. Jej gra naprawdę była intrygująca. Grała prawie idealnie. Nie mogłem jedynie wyłapać na jakiej pozycji grała - była dosłownie wszędzie. Wykonywała wślizgi, które możnaby porównywać z tymi wykonywanymi przez Javiera, dośrodkowywała jak Alves i do tego strzelała tak jakby uczyła się tego razem z Messim. Do tego mnóstwo piłkarskich tricków, które wplatała w swoją grę.
Nagle podbiła piłkę, złapała ją w ręce i zawołała coś do chłopaków, z którymi grała i ci zebrali się wokół niej, chwilę rozmawiali, a potem zabrała swoje rzeczy i zeszła z boiska, a ja dopiero po chwili zorientowałem się, że idzie w naszą stronę.
- Czy wy wiecie jak trudno jest się skupić na grze, gdy patrzy na ciebie praktycznie cała FC Barcelona? - zapytała, udając zdenerwowaną, a tak naprawdę na jej twarzy czaił się uśmiech.
- A wiesz jak to jest być piłkarzem Barcelony i nagle zobaczyć taki talent? - zapytał tym samym tonem Leo.
- Dziewczyno, skąd u ciebie ten.... ta.... to wszystko? - spytał Dani nie wiedząc jak określić talent tej ślicznej dziewczyny.
- Fakt, że mam w rodzinie dwóch zawodowych piłkarzy chyba mówi sam za siebie - zauważyła.
- Świetnie grasz - powiedział Leo.
- Usłyszeć coś takiego z ust najlepszego piłkarza na świecie to wielki zaszczyt. Widocznie te lata treningu się opłaciły.
- Ile czasu już grasz? - zapytałem, jednocześnie pierwszy raz się do niej odzywając.
- Trzy lata - odpowiedziała , a my otworzyliśmy buzie ze zdziwienia.
- Ty przez trzy lata doszłaś do takiego poziomu? - nie dowierzałem.
- Wcześniej nie miałam warunków do gry. Znaczy, miałam, ale wiecie, brat piłkarz zawsze musiał być na pierwszym miejscu - powiedziała, a gdy wspominała o swoim bracie w jej głosie słychać było wyraźny ból.
- Twój brat jest piłkarzem? - zapytał od razu Gerard. - W jakim gra klubie?
- Nie jestem pewna - na jej twarz rzeczywiście malowała się niepewność, ale nie wiem czy była ona związana akurat z klubem jej brata. - Kiedy widziałam się z nim ostatni raz grał jeszcze w Brazylii. Teraz nie mam pojęcia co robi i gdzie jest.
- Zaraz, zaraz... w Brazylii? Jesteś Brazylijką? - zdziwiłem się, z resztą nie po raz pierwszy dzisiaj.
- Yhym. Wyprowadziłam się stamtąd jakieś trzy lata temu. Brazylia nie był chyba dobrym miejscem dla mnie. Ale lepiej nie ciągnąć tego tematu. Robi się już ciemno, będę się już zbierać do domu. A wy gdzie teraz idziecie?
- Chyba też wracamy do hotelu. Robi się późno, a jutro rano mamy ostatni trening przed meczem - zauważył Iniesta.
- No to... na razie - powiedziała z lekkim uśmiechem, pomachała nam i odeszła. Dopiero po chwili przyszło mi na myśl, żeby za nią pobiec.
- Odprowadzę cię - powiedziałem z szerokim uśmiechem kiedy już ją dogoniłem.
- Nie potrzeba - odparła chłodno. Nie wiem skąd wzięła się ta jej nagła zmiana humoru.
- A ja jednak uważam, że potrzeba - nie dałem jej się przekonać. 
Dziewczyna przez dłuższy czas już się nie odezwała. Szliśmy w ciszy, którą w końcu ona sama przerwała. 
- Jesteś Neymar, tak? - spytała nawet na mnie nie spoglądając. 
- Z tego co mi wiadomo to tak. 
- Masz jakieś rodzeństwo? - zadała kolejne pytanie. 
- Mam siostrę Rafaellę. 
Dziewczyna przez chwilę coś analizowała, by po chwili na jej twarzy zagościł smutny uśmiech. 
- Fajnie - szepnęła, patrząc w chodnik przed sobą. Dlaczego za wszelką cenę nie chciała na mnie spojrzeć? 
- To teraz twoja kolej - powiedziałem pewnie. 
- Na co? - w końcu raczyła obdarzyć mnie spojrzeniem. Jej oczy były jasne i prześlicznie niebieskie. Widziałem je jedynie przez chwilę, ale obrazek ich wpatrujących się w moją twarz zapisał mi się na trwałe w pamięci. 
- Powiedź mi coś. O sobie - wytłumaczyłem. 
- Nie udawaj, że cię to interesuje - odparła chłodno. 
- Uwierz, jestem tego bardzo ciekawy - nie, to nie był sarkazm. Serio chciałem wiedzieć przynajmniej jak ma na imię. 
Na moje słowa usłyszałem jej głośne westchnienie. 
- Jestem Nadia, urodziłam się w Brazylii, od trzech lat mieszkam w Londynie, Jestem zakochana w piłce nożnej, a mój brat i ojciec są piłkarzami. Wystarczy? - ten chłód w jej głosie był tak... lodowaty, że aż robiło się zimno. 
- Dzięki, że mnie odprowadziłeś, ale jesteśmy już pod moim blokiem. - Czyli jednak rodzice nauczyli ją co to kultura. A już traciłem nadzieję. 
Nadia weszła do bloku, a ja pół godziny później wchodziłem do holu w naszym hotelu. Jako niespodziankę przed snem w pokoju spotkałem piłkarzy. 
- A to co? Jakieś tajne posiedzenie rady piłkarskiej, czy jak? Czemu nie zostałem zaproszony? - zapytałem sarkastycznie. Musieli siedzieć akurat w moim pokoju, prawda? 
- Nadia się spodobała, co? Ta uroda... ten talent... - zaczął wyliczać zauroczony Dani. 
- I ten iście brazylijski temperament... - dokończyłem za niego. - Jest lodowata jak śnieg na Alasce - skomentowałem. 
- Oj chyba nie przypadłeś jej do gustu. Czyżby twoja duma aż tak źle znosiła odrzucenie? - śmiał się Gerard. 
- Ty tam się zajmij swoją Shakirą, a do mnie to się nie wtrącaj - odparowałem. 
- Ale Shakira jest przecież w trasie koncertowej - Gerard patrzył na mnie z radosnym uśmieszkiem. 
- No właśnie - powiedziałem tonem odkrywcy. Tak, odkryłem właśnie Amerykę, że Shakira jest w trasie. 
- O mój Boże! Ja muszę do niej zatelefonować! I to natychmiast! - wołał, wybiegając z pokoju. Wszyscy zaczęliśmy się śmiać. Ten debil zawsze potrafił nas rozśmieszyć swoją głupotą. No, ale jednego mniej. Teraz zostało ich tylko szesnastu. 
- Poszlibyście zobaczyć czy was w pokojach nie ma, co? - zapytałem, kładąc się na swoje łóżko. 
- Wyczuwam ironię - zaśmiał się Leo. - Dobra, chodźmy, zostawmy naszą obrażoną księżniczkę - powiedział i wszyscy opuścili pokój. Oczywiście wszyscy z wyjątkiem Daniego. 
- Oj, Neymar, Neymar, biedaku. Niestety, więcej już jej nie spotkamy - westchnął mój przyjaciel, kładąc się na swoje łóżko. Ja na to jedynie wzruszyłem ramionami. Udawanie, że cię to nie obchodzi zawsze jest najlepszym wyjściem.


Pierwszy rozdział, dodany w końcu w całości :D 
Miłego nadchodzącego tygodnia ;)
Neyforever :*

Prolog :D

Hey!
Tak, to znowu ja :D 
Większość z Was zapewne mnie zna, ale dla tych, który jeszcze mnie nie znają:
Jestem Wiktoria, autorka bloga "Ulotne momenty".
A to będzie mój trzeci blog, na którym będę publikować moje opowiadanie :D 

Blog będzie się nazywać: "O caminho para uma vida melhor era a minha fuga"
Co w tłumaczeniu na język polski znaczy: "Drogą do lepszego życia była moja ucieczka."
Oczywiście tytuł bloga nie jest przypadkowy o czym przekonacie się czytając kolejne rozdziały.


Prolog:

Ona - młoda dziewczyna, sama mieszająca w Londynie, która musiała zostawić rodzinę, aby móc żyć normalnie. On - gwiazda piłki nożnej mieszkająca w Hiszpanii, która musiała wyprowadzić się z rodzinnego miasta, aby spełniać marzenia. Co wydarzy się kiedy on stanie na jej drodze? Czy dziewczyna, która ma do niego ogromny żal i nie potrafi pogodzić się z piłkarzem, jednak nauczy się z nim normalnie rozmawiać kiedy za sprawką najlepszego piłkarza świata wyląduje razem z nim w jednym mieście? Czy nauczą się razem żyć i pogodzą się z faktem, że widują się codziennie na treningach w klubie? Czy za sprawą losu staną się przyjaciółmi, czy może poczują do siebie coś więcej? Czy zakochają się w sobie? I najważniejsze - czy dziewczyna w końcu postanowi wyznać mu sekret, który przed nim skrywała, i który sprawi, że ich znajomość okaże się zakazana?