niedziela, 29 października 2017

Rozdział 23.

Oscar i Cesc razem ze swoją drużyną wrócili do Londynu. Oczywiście przed samym ich wyjazdem nie mogło się obyć bez ich kazania, jak to mam o wszystkim Neymarowi powiedzieć, a potem od razu do nich zadzwonić z wiadomością, że to zrobiłam. Nie mogłam im tego nie obiecać. Przecież sama też dążyłam do tego, by Neymarowi jak najszybciej o wszystkim powiedzieć.
Tymczasem mijały kolejne dni, nasze zespoły grały kolejne mecze. Za każdym razem kiedy wychodziłam na trening, miałam z tyłu głowy ten zakład z Neymarem, a gdy grałam mecz, nie potrafiłam myśleć o niczym innym.
Na szczęście dzisiaj był ten dzień, gdy mieliśmy to wszystko skończyć. Oboje graliśmy dzisiaj swoje mecze. Ostatnie, które miały się liczyć do naszego zakładu. Mieliśmy jak na razie remis, więc każde z nas miało szanse na wygraną.
Szczerze mówiąc, już od dawna miałam wrażenie, że ten zakład był najgłupszą rzeczą, jaką mogłam zrobić. Ale teraz nie było już odwrotu. Jednym słowem musiałam to wygrać.
Siedziałam w szatni, byłam pierwszą, która dzisiaj się tutaj dostała. Nie miałam pojęcia, czy wyjdę dziś w pierwszym składzie, więc po prostu ubrałam strój treningowy i czekałam na pojawienie się w szatni dziewczyn i trenera, żeby zabrać się za przedmeczowy trening.
Miałam oczywiście sporo czasu na to, żeby zastanowić się nad całym pomysłem tego zakładu. Decyzję o jego powstaniu podjęłam naprawdę spontanicznie, ale każdego dnia coraz bardziej zdawałam sobie sprawę z tego, że była to naprawdę głupia decyzja. Choć z drugiej strony, jeśli bym go wygrała, byłaby szansa na to, że będę miała z tego jakieś korzyści.
Jednak im dłużej nad tym myślałam, tym częściej łapałam się na myśleniu, że na pewno to przegram. Neymar był zdecydowanie bardziej doświadczonym piłkarzem i łatwiej potrafił radzić sobie ze stresem związanym z naszą małą 'konkurencją'. A stres, bynajmniej w moim przypadku był ogromny.
Reszta drużyny znalazła się w szatni jakieś dwadzieścia minut później i ciągły gwar nie pozwolił mi na kontynuowanie moich przemyśleń, co było chyba raczej dobre. Choć na jakiś czas mogłam zapomnieć o strachu, że przegram z Neymarem.
Nasze mecze miały być rozgrywane równolegle, więc na dobrą sprawę żadne z nas nie będzie znało wyniku drugiej drużyny. Przynajmniej to było dobre, nie będę się stresować, że muszę nadrabiać ich wynik, będę miała motywację do walczenia o bramkę przez całe 90 minut meczu.
Przedmeczowy trening był pestką w porównaniu z tym, co miałam przeżywać na boisku w trakcie meczu.
Gdy znalazłam się ponownie w szatni i wysłuchiwałam przemówienia trenera, czułam już ten stres. Nigdy wcześniej aż tak bardzo nie stresowałam się przed meczem, jak w tym momencie.
Aż wreszcie nadszedł moment wyjścia na boisko, odśpiewania hymnu i zagrania meczu.
Po pierwszym gwizdku zdenerwowanie zaczęło ze mnie stopniowo schodzić. Jak zwykle ważna stała się piłka i uznałam, że muszę grać dobrze dla dobra drużyny. Rywalizacja z Neymarem musiała zejść na drugi plan.
I tak właśnie na kilka minut przed końcem pierwszej połowy objęłyśmy na szczęście prowadzenie. Mój wkład w bramkę był niewielki, bo jedynie podałam piłkę do Alissy, która asystowała, ale i tak byłam szczęśliwa. Teraz powinno nam wszystko iść łatwiej.
Na przerwę zeszyłyśmy może nie szczęśliwe, ale na pewno podbudowane golem. I w takich samych nastrojach wyszłyśmy na drugą część spotkania.
Ale nasze przeciwniczki oczywiście nie miały zamiaru się poddawać. Jednobramkowa przewaga była zawsze do odrobienia, więc razem z dziewczynami pracowałyśmy na najwyższych obrotach, żeby zdobyć jeszcze jedną bramkę.
Starałam się, jak tylko mogłam. Zmierzałam do tego, żeby jak najczęściej znajdować się w polu karnym drużyny z Betisu. Jednak to nie skutkowało.
Dopiero w okolicy 75. minuty zdarzyła się dobra okazja, w której ja też miałam swój udział. Carina odebrała piłkę przeciwniczkom w okolicach naszego pola karnego i podała ją do jednej z pomocniczek. Ta zdążyła przebiec kilka metrów z piłką i była zmuszona podać ją do mnie. Zaczęłam biec prawą stroną boiska, schodząc coraz bardziej do środka. Do linii pola karnego zostało mi może kilka metrów, gdy obrończyni spróbowała odebrać mi piłkę wślizgiem. Spóźniła się i zamiast uderzyć w piłkę, uderzyła prosto w moje nogi. Piłka potoczyła się dalej, Alissie udało się do niej dobiec, kiedy ja leżałam na boisku próbując znieść przeszywający ból w kostce. Po chwili usłyszałam gwizdek. Co oznaczało, że moja drużyna musiała stracić piłkę i sędzia postanowił przerwać akcję. 
Po chwili zobaczyłam go obok mnie. Zapytał, czy będę potrzebowała pomocy medycznej. Spojrzałam na swoją bolącą kostkę. Mogłam zostać i wykonać rzut wolny, który za chwilę miał zostać podyktowany. Ale nie chciałam narażać się na jakąś kontuzję i wymuszać zmiany w drużynie, więc pokiwałam głową. Pół minuty później znajdowałam się już za linią boczną, gdzie pomoc medyczna sprawdzała, czy rzeczywiście nic mi się nie stało. Ostatecznie chlorek etylu załatwił sprawę i mogłam wrócić na boisko.
A zanim to nastąpiło, musiałam poczekać na zakończenie akcji. A sędzia postanowił wpuścić mnie na murawę dopiero po podyktowaniu rzutu wolnego.
Wbiegłam na boisko i od razu zauważyłam, że woła mnie stojąca przy piłce Carmen. Chciałam pobiec do muru, który właśnie się ustawiał, ale najwidoczniej dziewczyny przewidziały inny scenariusz.
Stanęłam zaraz obok Carmen i zasłaniając usta dłońmi wymieniłyśmy kilka słów na temat wykonania rzutu wolnego. W wielkim skrócie - postanowiła pozostawić mi wolną rękę.
Mogłam więc strzelać, mogłam dośrodkowywać. Ale przy strzale nie miałam pewności, ze mi się uda. Z tej pozycji to byłby naprawdę wyczyn, gdyby udało mi się trafić, a do tego bramkarka by tego nie wyjęła. Więc postanowiłam postanowić na dośrodkowanie.
Piłka spadła prawie idealnie na głowę Cariny i wynik uległ zmianie na 2:0. Teraz mogłyśmy już być spokojne.
Kilka minut później zabrzmiał gwizdek sędziego oznajmiający koniec meczu. W tamtym momencie byłam prawie pewna, że pomimo zwycięstwa, ja poniosłam porażkę.

Weszłam do szatni zaraz za wszystkimi dziewczynami. Podczas gdy one podekscytowane rozmawiały o meczu, ja powoli zaczęłam się ogarniać. Wzięłam szybki prysznic i przebrałam się w swoje ubrania. Z każdą minutą ból w kostce zaczynał mi doskwierać coraz bardziej, ale starałam się to ignorować.
Pożegnałam się z dziewczynami i wyszłam z szatni jakoś na pół godziny po zakończeniu meczu. Pomaszerowałam prosto do gabinetu pomocy medycznej. Byłam zobowiązana, żeby przyjść tam przed opuszczeniem stadionu.
Dostałam leki przeciwbólowe i wskazania, czego nie powinnam, a co powinnam robić i usłyszałam, że wszystkim zajmiemy się na jutrzejszym treningu.
I wreszcie mogłam wrócić do domu. Zaraz po tym, jak miałam pojechać do Messiego, bo tam wszyscy mieliśmy spotkać się po swoich meczach.
Moje szczęście, że jego dom nie mieścił się wcale daleko od Ciutat Esportiva, bo bałabym się, gdybym musiała przejechać przez całą Barcelonę. Z bolącą noga nie ufałam nawet sobie samej.
Gdy znalazłam się pod domem Messiego, chłopaków jeszcze nie było. Wywnioskowałam to oczywiście po tym, że nigdzie nie widziałam ich samochodów. Dlatego postanowiłam, że i tak wejdę do środka i porozmawiam sobie z Antonellą.
Ale mogłam sobie chcieć, bo zdążyłam przejść może połowę ścieżki prowadzącej do ich posiadłości, gdy usłyszałam za sobą chrzęst kamieni, na którym Leo właśnie parkował swój samochód. Niewzruszona szłam dalej w stronę drzwi. Przecież sam trafi do własnego domu, nie?
Ale wtedy usłyszałam za sobą wołanie. Oczywiście rozpoznałam głos. Odwróciłam się i zobaczyłam biegnącego w moją stronę Neymara, a za nim idącego spokojnie Messiego.
- Wszystko okay? Jak się czujesz? Z kostką wszystko w porządku?- zapytał Junior, kiedy tylko znalazł się obok. Spojrzałam na niego zdziwiona.
- Skąd te pytania? - zapytałam, zamiast odpowiedzieć.
- Widziałem ten faul. Dlatego pytam czy wszystko w porządku - wyjaśnił.
- Błagam cię, weź mu odpowiedz, bo całą drogę truł mi o to dupę, jakbyś co najmniej mogła od tego umrzeć - powiedział Leo może trochę zirytowany, ale nadal radosny. 
- Tak, wszystko ze mną w porządku. Może kostka mnie jeszcze trochę boli, ale przeżyję - powiedziałam, odwracając się i ponownie ruszając w stronę domu.
Aż nagle poczułam, jak coś mnie unosi. A raczej ktoś i oczywiście wiedziałam, kto tym "ktosiem" jest.
- Neymar, możesz mi powiedzieć, co odwalasz? - zapytałam.
- Chyba nie powinnaś nadwyrężać nogi, prawda? - powiedział uśmiechnięty. - Bo jeszcze mi jednak umrzesz z bólu, a my mamy jeszcze kwestię mojej wygranej w zakładzie do omówienia.

Tak, czyli poniosłam porażkę.



Hey. Przepraszam, że tak długo mnie tu nie było. Najpierw byłam zajęta innymi opowiadaniami, potem zajęłam się kończeniem Ulotnych Momentów, a potem... No właśnie. 
Przyznam się po prostu bez bicia, że coraz trudniej jest mi pisać historię o Neymarze. Po prostu przez pewne sprawy straciłam do niego sympatię, którą kiedyś miałam i ciężej jest mi teraz pisać opowieść z nim w roli głównej. 
Ale nie martwcie się, to opowiadanie na pewno dociągnę do końca. Może rozdziały nie będą pojawiać się bardzo bardzo często bo nauka, inne opowiadania i inne zajęcia mi na to nie pozwalają, ale jednak będę się starała, żeby dodawać jak najczęściej będę mogła i jak najszybciej dobrnąć do końca z historią Nadii i Neymara.

Kocham Was
Neyforever

2 komentarze:

  1. Wybaczam Ci tę nieobecność, bo coś mi się wydaje, że szykujesz tu coś mocnego ;p
    Buziaki!!

    PS Zapraszam do mnie na coś nowego: amigos-con-derecho-a-roce.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń